Agrigento 2008
2–12 lutego 2008
I oto dane nam było na własnej skórze przekonać się, ile prawdy
jest w opowieściach tych członków Zespołu, którzy pamiętają wyjazd
„Katowic” na Sycylię sprzed sześciu lat. Nie dając się
zastraszyć wizjom przydługawych parad, które zdominowały wszelkie
wspomnienia, pakujemy manatki i mościmy sobie „legowiska”
w autokarze na najbliższe 36 godzin. Czegóż się nie robi dla słonecznej,
gorącej Italii w środku zimy?
Italia wita nas, owszem, bardzo słoneczna… i trochę mniej
gorąca. Mimo to od razu trafiamy na plażę, zresztą pierwszy i ostatni
raz, bo już następnego dnia zostajemy porwani przez festiwalowy
kołowrotek. Póki co trzeba wykorzystać wolny czas i zobaczyć
Agrigento. Wycieczkę tę ma koordynować nasz niezawodny włoski pilot
– Fausto (pozdrawiamy), dla zmyłki nazywany przez nas Mefisto (na
pewno się nie zorientował, że o nim mowa ;) ). Niezapomniana „podróż
za jeden euro” zaczęła się dłuższym niż reszta wyprawy oczekiwaniem
na autobus kursowy – brak tu bowiem rozkładu jazdy. Autobus
pojedzie wtedy, gdy przyjedzie… Ale warto było zdobyć się na
odrobinę cierpliwości, żeby powłóczyć się po wąskich uliczkach Agrigento,
kluczyć po kamiennych schodach, penetrować klimatyczne zaułki, z których
bił zapach suszonego na balkonach prania.
Ulice Agrigento mieliśmy okazję przemierzać jeszcze nie raz, ale już
w zwartym szyku korowodów, wraz z innymi zespołami, tanecznym krokiem
poloneza „chodnikowego” lub śpiewem próbując przekrzyczeć
senegalskie bębny. Furorę wśród licznej publiczności zrobiliśmy dzięki
sycylijskiej piosence „Vitti na crozza”, którą nasz
kierownik kapeli z upodobaniem intonował na każdym zakręcie. W połowie
parady nawet najbardziej oporni nauczyli się już obu zwrotek, które,
jak się później dowiedzieliśmy, niosą dramatyczne treści, nie bardzo
pasujące do skocznej melodii. Ach, ci Włosi z ich nieustającą fiestą!
Ach, ci Polacy, nieustępujący im ani na krok! Jak zwykle, cały
festiwal był dla nas jedną wielką fiestą. Także z nutką patriotyczną,
bo czymże był odegrany z okna hejnał krakowski równo o 12 (trzeba
dodać – o północy – żeby sprostować mylne skojarzenia
radiosłuchaczy…)? Następnego dnia przed korowodem warto postawić
się na nogi tradycyjną Latte. Ale dlaczego ona jest aż taka
biała? I gdzie ta kofeina? Cóż, sycylijski kelner widocznie nie znał zbyt
dobrze włoskiego i nie wiedział, że latte tak naprawdę oznacza
kawę ;) Znacznie lepiej poszło nam kupowanie pomarańczy. Trochę trudniej
przydźwiganie kilkunastokilogramowych skrzynek do autokaru. Wystarczyło
nam jednak sił jeszcze na wspinaczkę na kredowy klif zwany Skałą Turecką
i zwiedzenie ruin greckich świątyń (musieli się zdziwić świętej pamięci
bogowie, widząc słowiańskie dziewoje, hasające wśród kolumn).
Przy tylu atrakcjach zapomina się, że i koncerty były. W końcu to Festiwal
Kwitnących Drzew Migdałowych. I to festiwal o charakterze konkursowym. Nie
wróciliśmy z pustymi rękami – nasza niezastąpiona kapela wygrała
sobie II miejsce – serdecznie gratulujemy! Warto przypomnieć,
że w 2002 roku zdobyła na Sycylii brąz, więc, idąc za ciosem, chyba
powinniśmy jeszcze raz pojechać do Agrigento, tym razem po złoto w
katogorii „Muzyka” :)
Pilot „Katowic” umieć tańczyć musi.

Dzięki „manianie” południowców mieliśmy sporo czasu na fotki.

Ze zdobywcami Grand Prix festiwalu.

Ciekawe, czyj to wianek?

Wydało się, dlaczego to Indie dostały nagrodę za stroje.

Nie wszystkim podobało się tak, jak nam.

No, już lepiej.

„Zapaleni” do wieczornych śpiewów.


Pochód z pochodniami wśród migdałowców w Dolinie Świątyń...

... zmęczył nawet niezniszczalną Owieczkę.

Czas na uzupełnienie kalorii...

... i regenerację sił – choćby w bagażniku.

Jak to dalej leciało?

Góra z górą się nie zejdzie, ale lubelskiej dziewuszki w Agrigento nie moglibyśmy nie znaleźć.

Pokaz starożytnych tańców słowiańskich.

Korepetycje u mistrzów...

... i mamy nowego członka kapeli.

W malowniczym zakątku Sycylii zażywamy kąpieli słonecznej...

... i nie tylko słonecznej.

Nie, na lodowcu jeszcze nie byliśmy. Ale na Skałę Turecką udało się nam wdrapać.

Przy takiej reklamie Sophia Loren z Malmą może się schować.

„Cokolwiek, byle nie makaron!”

Chorwaci woleli przywieźć własny prowiant.

Zdjęcie „do ramki” z naszymi „sreberkami”.

Kierowcy załatwili nam nocleg pod palmami „ jakoś trzeba przewieźć te drobne pamiątki.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na Monte Cassino, gdzie złożyliśmy kwiaty i odśpiewaliśmy „Czerwone maki”.

Tekst: Aleksandra Nycz
Zdjęcia: Barbara Tomczyk, Tomasz Krupa, Agnieszka Ucieszyńska